wtorek, 12 lutego 2013

Publikuję stary, dawno już napisany post, który przeleżał dobrych kilka lat w przepastnej pamięci komputera. Leżał do dziś, teraz winien zobaczyć światło dzienne jako komentarz do ważnego wydarzenia ostatnich chwili - zgłoszenia zamiaru abdykacji przez Benedykta XVI.


Zamożnego emeryta poglądy na życie w kryzysie.



Drogie ciuchy, samochody, jacht, willa z basenem i żona, zmieniana co kilka lat na młodszy egzemplarz. Aby nie popaść w niepamięć i tym samym nie stracić dochodów, które tak naprawdę dopiero po sześćdziesiątce dają solidne zadowolenie – koncercik jakiś, pokazanie twarzy po udanym liftingu na wyborczym wiecu, w cieniu prezydenta lub innego celebryty. Do tego wywiad rzeka w prasie, książka lub płyta z kolorową okładką kryjącą treść o wartości odwrotnie proporcjonalnej do patosu lub chrapliwym głosem śpiewane melodie. Aby jeszcze gdzieś zaistnieć.

Taki model zamożnego emeryta znany jest w kręgach polityków, artystów i głupców.

Czy po drugiej stronie barykady, skleconej ze zleżałych zasług sklejonych świeżą próżnością oraz wiecznie świeżą żądzą zysku i popularności mogą czaić się inni bohaterowie?

Oczywiście. Stoi tu pełen godności stuletni Abraham wraz z niewiele młodszą żoną Sarą i malutkim Izaakiem, obok niego osiemdziesięciosześcioletni Kaleb, wciąż gotów do walki i pracy. Nieco dalej siedzi blisko stuletni Jan, pochylony, spisuje właśnie słowa nadziei dla przyszłych pokoleń, a sędziwy Hiob opowiada innym, że w cierpieniu też warto być blisko Boga. Zamyślił się ponadstuletni Mojżesz na wieść o tym, że jego podróż w góry będzie już tą ostatnią. Również Jesse jest pogrążony w rozmyślaniach: jego najmłodszy syn wczoraj jeszcze pasł owieczki, a teraz musi zatrudnić pasterza, bo syn z dnia na dzień stał się wojownikiem.

Jest jeszcze Barzillaj. Niedawno minęła osiemdziesiąta rocznica jego urodzin, a on sam jedzie spotkać się z królem Dawidem. Tym, który jest mu drogi i którego szanuje, którego gotów był znacznym nakładem środków i pracy wesprzeć, gdy ten uciekał przed własnym synem. Zdawał sobie sprawę z jego położenia, biedy, groźby głodu i dlatego regularnie wysyłał mu zaopatrzenie.

Teraz król wraca do swojego miasta i pałacu. Nie jest to tryumfalny pochód zwycięzcy, król wraca za łzami. Syn, który odważył się wystąpić przeciw niemu, zginął raniony strzałą. Król, mimo rozdzierającego smutku, przypomina sobie przyjaciela Barzillaja i raduje się, że przybył, aby go powitać i wraz z nim przekroczyć Jordan w drodze do Jerozolimy. Oczyma wyobraźni widzi go, w uroczystej szacie, zasiadającego przy jego stole. Dobrze jest mieć blisko siebie tak mądrych i dobrych doradców. Nie pozostaje nic innego, jak zaprosić go do swojego pałacu, nadać odpowiednią godność i cieszyć się jego obecnością.

Nie spodziewał się król zapewne takiej odpowiedzi, jaką dał mu Barzillaj:

Ileż to jeszcze dni życia mi pozostaje, żebym miał się udać z królem do Jeruzalemu?
Mam obecnie osiemdziesiąt lat. Czy mogę jeszcze odróżniać dobre od złego? Czy sługa twój umie jeszcze określać smak tego, co je lub pije? Czy potrafię jeszcze przysłuchiwać się śpiewom śpiewaków czy śpiewaczek? Po cóż jeszcze miałby twój sługa być ciężarem dla mojego pana, króla?
Sługa twój pójdzie z królem jeszcze nieco poza Jordan, ale po cóż miałby król tak sowicie mnie wynagradzać? Pozwól raczej powrócić twemu słudze, aby mógł umrzeć w swoim ojczystym mieście w pobliżu grobu swojego ojca i swojej matki. (2Sm 19, 34-37)

Odpowiedź Barzillaja przekonała króla.

Niestety, wydaje się, że utraciła swoją moc przekonywania w czasach, w których rezygnacja z tego, co wydaje się zbyt trudne do zdobycia, jest powodem do drwin, a cnotą jest działanie według zasady „bierz siły na zamiary, nie zamiar według sił” (A. Mickiewicz)

Postawa Barzillaja to świadomość własnych ograniczeń, umiejętność ich zaakceptowania i życia z nimi. Osiemdziesięcioletni mędrzec wie, że nie jest w stanie w pełni korzystać z zaszczytów, jakie czekają na niego w pałacu królewskim. Jego wiek, być może schorzenia i starcze dolegliwości nie pozwolą mu już cieszyć się smakiem wyszukanych potraw i być może powodują, że czuje się skrępowany na myśl o tym, że może potrzebować opieki. Niedomoga słuchu nie pozwala na radowanie się muzyką i śpiewem. Wie, że bliżej mu do trumny niż do tronu i najlepiej będzie spędzić te dni, które jeszcze mu pozostały, blisko domu, blisko rodzinnego grobowca, w którym też spocznie po odejściu do krainy świętego spokoju.

Dzisiejszy człowiek jest rzadko świadomy własnych ograniczeń. Bywają sytuacje, w których myśli, że cały świat należy do niego, gotów jest podjąć się realizacji każdego zadania, nie patrząc często na wiek, stan zdrowia, stan majątkowy czy możliwości intelektualne. Najlepszym przykładem niech będzie tutaj sytuacja ludzi, których zobowiązania kredytowe przerosły w końcu ich możliwości. Pokusa, aby brać, gdy dają, jest zawsze duża. Banki oferowały kredyty bez skomplikowanych zabezpieczeń, były więc osoby chętne do tego, by je brać. Tak wielu z nich żałuje teraz, że nie zadali sobie wtedy pytania o treści mniej więcej następującej:

Czy, żyjąc w przestrzeni wyznaczonej obiektywnymi ograniczeniami, mogę pozwolić sobie na dobra, których wartość przewyższa granice wyznaczonej mi życiowej przestrzeni?

Pytanie takie nie pojawiło się jedynie dlatego, że świadomość istnienia takich ograniczeń była mocno przytłumiona.

Młody człowiek, zanim naciśnie pedał gazu, rzadko zadaje sobie pytania o własne (i własnego pojazdu) ograniczenia: czy mam właściwą szybkość reakcji? Czy samochód jest w stanie wyhamować na tak krótkim odcinku? Czy jest w pełni sprawny technicznie? Czy za zakrętem nie znajduje się inny pojazd, którego nie widzę? Czy moja głowa jest z żelaza? Efekty zaniechania zadawania sobie takich pytań obrazuje kora zdarta z przydrożnych drzew i stan kory mózgowej delikwenta po spotkaniu z rzeczywistością, która bywa twardsza niż jego wyobrażenia.

Postawa Barzillaja w odniesieniu do codziennych, życiowych, najmniejszych nawet decyzji to ciągłe ich konfrontowanie z ograniczeniami, które mogą mieć wpływ na skutki tych decyzji. Pytanie, które należałoby sobie zadać, w najprostszych sytuacjach brzmi: „czy warto …. ?” lub „za jaką cenę …. ?”. Udzielenie sobie samemu szczerych i przemyślanych odpowiedzi na te pytania pozwoli na podjęcie działań, które być może doprowadzą do częściowej redukcji pragnień i aspiracji, poskromią  wybujałe ambicje, skonfrontują marzenia z rzeczywistością. Będzie mniej ryzyka, adrenaliny i pewności siebie, ale być może niejeden niepotrzebny dramat zostanie stłumiony w zarodku.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Róbta co chceta


Po raz kolejny odbyła się w Polsce akcja o niezaprzeczalnym znaczeniu społecznym, przez chrześcijan uważana co najmniej za kontrowersyjną. Nie zamierzam tu zajmować się chrześcijańskim poglądem na WOŚP. Na ten temat napisano już wiele.

Mnie po raz kolejny intryguje jedno z jej przewodnich haseł, zamieszczone w tytule. Czy naprawdę świadczy o zachęcaniu uczestników do odrzucania wszelkich autorytetów? A może zachęta do wsłuchania się w głos własnego sumienia? Hasło to nie byłoby godne mojej uwagi i tych kilko pisanych słów, gdyby nie kojarzący mi się z nim niepomiernie fragment Księgi Koheleta (Koh 11,9)

Postępuj tak, jak każe ci serce, i używaj, czego pragną twoje oczy.(BW)
Chodź drogami serca twego, i według zdania oczu twoich. (BG)
Chodź drogami serca swego i za tym, co oczy twe pociąga. (BT)

Czyżby przedstawione powyżej  w trzech najpopularniejszych, polskich przykładach Biblii zdanie na zawierało tej samej treści, co tytułowe hasło?

Dodać by tu można, że według wielu biblistów używane w Bożym Słowie pojęcie „serce” odwołuje się do ludzkiej woli. A więc Kohelet zachęca, aby jego czytelnik postępował według własnej  woli. Róbta, co chceta.

Aby ustosunkować się do porównania tych dwóch, tak odległych i tak podobnych życiowych wskazań dobrze byłoby spojrzeć na kontekst cytowanego powyżej fragmentu – w przekładzie Biblii Warszawskiej:

Raduj się, młodzieńcze, w swojej młodości i bądź dobrej myśli, póki jesteś młody. Postępuj tak, jak każe ci serce, i używaj, czego pragną twoje oczy, lecz wiedz, że za to wszystko pozwie cię Bóg na sąd.
(Koh 11,9; BW).

Werset używany często jako straszak, szczególnie w stosunku do ludzi młodych. Według popularnego rozumowania radość, pozytywny stosunek do własnej osoby i własnych przeżyć, postępowanie według własnej woli i dążenie do korzystania z walorów, zauważonych w otaczającym świecie otoczeniu zostanie przez Boga osądzone negatywnie. Upraszczając – sam fakt, że radość z życia i zapewnianych przez nie pozytywnych doznań ściąga na człowieka sąd. Istnieje śląskie porzekadło: „z gracki przyjdą płacki” – co ma oznaczać, że skutkiem beztroski, zabawy, pozytywnych przeżyć jest płacz. Iście pokrętne rozumowanie, ale często obecne w Kościele.

Według opinii piszącego te słowa powyższy fragment zawiera w sobie znaczną dozę zachęty i pocieszenia. Nie straszy. Dla lepszego zrozumienia dobrze byłoby prześledzić mechanizm powstawania w ludzkim umyśle czegoś, co nazywamy „wolą”, „chęcią” lub „ pragnieniem”.

W ludzkim „centrum dowodzenia”, które znajduje się w głowie, w reakcji na bodziec pozytywny  pojawia się myśl o zwielokrotnieniu lub powtórzeniu tego bodźca oraz skorzystaniu z tych zjawisk lub przedmiotów, które ten bodziec wywołały. Nowy samochód, smaczny posiłek i napój, piękna kobieta lub przystojny mężczyzna, kwiat, plaża, plusk wody, miły zapach budzą myśli, które mogłyby przyznać następującą formę zwerbalizowaną:

Dobrze byłoby mieć taki nowy samochód!
Zjadłbym kawałek tortu. Wypiłbym tak wspaniale pachnące espresso!
Chętnie zapoznałbym się z taką piękną dziewczyną!
I oczywiście wiele innych.

Na tym etapie rzeczona myśl nie jest jeszcze wyrazem chęci, woli ani zamiaru. Wielu ludzi ma pozytywne uczucia na widok samochodu, kawy czy batonu, ale nie każdy natychmiast biegnie do salonu czy cukierni.

Taka myśl uruchamia dopiero w ludzkim „centrum dowodzenia” pierwszy akt woli. I ten moment  jest decydujący: wtedy właśnie myśl o treści „dobrze byłoby to mieć”  przeistacza się w chęć: „Chcę to mieć” Oczywiście w tym procesie nie bierze udziału jedynie sama pozytywna myśl – tu dochodzą zagadnienia dotyczące możliwości, pragmatyzm, zdanie innych osób, własne sumienie i wiele innych. Zamiar posiadania nowego samochodu zderza się tu z zasobnością portfela, poradami najbliższych, kwestiami praktycznymi, zdolnością kredytową itp. Po rozważeniu wszelkich „impulsów towarzyszących” może pojawić się chęć zakupu. Akt woli.
Oczywiście w przypadku zakupu samochodu spraw do rozważenia będzie wiele. W przypadku „pokusy” jaką jest zapach espresso, kwestii wątpliwych będzie mniej. Zawsze jednak wystąpi pewna chwila, w której zwyczajne zainteresowanie stanie się aktem woli. Człowiek spragniony powie wtedy: „Proszę o kawę”.

I tak z kilkudziesięciu osób, które z podziwem przyglądają się nowemu modelowi pojazdu, kilka osób powie „Chcę go mieć”, a być może co druga osoba, upajająca się zapachem kawy tenże napój zamówi.

Wśród krótko powyżej opisanych zagadnień, biorących udział w przeistoczeniu się zwykłego impulsu myślowego w skuteczny akt woli wymienić należy jeszcze sumienie oraz nabytą w trakcie spotkań oraz domowego studium biblijną znajomość woli Bożej.

Dlatego chrześcijanin, kuszony przez działających na granicy prawa koleżków, może być zainteresowany dodatkowym zarobkiem, ale nie będzie chciał do nich dołączyć i walić szemranych interesów. Chrześcijański urzędnik, ujęty uśmiechem miłej koleżanki i jej opowieściami o byłym mężu tyranie może odczuć towarzyski przymus udzielenia jej pomocy, ale nie będzie chciał tej znajomości kontynuować na gruncie prywatnym. Jego brat zapewne zauważy możliwość łatwego przywłaszczenia sobie nieskutecznie chronionych dóbr, ale z pewnością nie wyciągnie po nie ręki, nie będzie bowiem chciał ich kraść.

Wobec powyższego należałoby stwierdzić, że codziennie w umyśle każdego człowieka pojawia się wiele myśli o różniej treści, z których jedynie nieliczne stanowią podstawę stworzenia aktu woli. Pojawianie się tych myśli jest od niego niezależne. Utworzenie się na podstawie tych myśli aktu woli jest od człowieka jak najbardziej zależne, zależne też od jego wiedzy, przekonań, sumienia . W umyśle chrześcijanina również pojawiają się  różne myśli, ale, ponieważ posiada on sumienie oraz zna wolę Boga, nie dojdzie do zbudowania aktu woli na podstawie myśli, uznanej przez niego za złą.

Dlatego odważę się zachęcić Was, Chrześcijanie: Róbta, co chceta!

piątek, 6 stycznia 2012

Świętujmy Trzech Króli!

Według starej dykteryjki z Radia Erywań na pytanie "Czy to prawda, że w Moskwie rozdają samochody?" należy odpowiedzieć następująco: "Właściwie to wszystko prawda, ale nie w Moskwie, a w Erywaniu, nie samochody, a rowery, no i nie rozdają, a kradną". Podobnie należałoby zareagować na tzw. święto Trzech Króli: niekoniecznie trzech, z całą pewnością nie byli królami, no i po co od razu świętować ich rzekome przybycie?
Jak prawie wszystkie tzw. święta religijne jego związek z prawdą biblijną jest , rzec by należało, znikomy. Kultywowane w tym dniu, odkurzane właśnie tradycje, z chrześcijaństwem niewiele mają wspólnego. A ja mimo to zachęcam chrześcijan: Świętujmy Trzech Króli. Tak samo, jak i inne podobne święta!

Według zapisów Bożego Słowa sabat, siódmy dzień w tygodniu, dany był człowiekowi w celu odpoczynku i zbliżenia się do Boga. Żydzi ten biblijny zwyczaj kultywowali. W piątek wieczorem nakrywali stół, tak, aby tego, co na nim położono, wystarczyło dla całej rodziny aż do wieczora dnia następnego. Do wygasającego, chlebowego pieca wkładano naczynie z odpowiednio przygotowanymi wiktuałami, po to, by po kilkunastu godzinach pieczenia w coraz niższej temperaturze spożyć smakowity, sycący ciulent. A po nim deser - kugiel. Niczego w sobotę nie przygotowując, nie zapalając ognia. Odwiedzano synagogę, wykonywano tylko najważniejsze prace, nie cierpiące zwłoki, następnie odpoczywano. W osadach, w których mieszkali sami Żydzi, każda rodzina tak funkcjonowała jeden dzień w tygodniu, No, chyba że komuś hodowlane zwierzę wpadło do dołu i trzeba było je wyciągnąć, do czego nawiązał Pan Jezus.

Przeniesienie tego dobrego zwyczaju do dzisiejszej Europy nie jest możliwe. Sobota i niedziela coraz bardziej upodabniają się do dnia powszedniego: otwarte sklepy, restauracje i punkty usługowe, działająca komunikacja, systemy zmianowe i czterobrygadowe... Co do handlu w niedzielę bywają czasem propozycje jego ograniczenia, ale nie wprowadza się ich w życie. Sam nie jestem zwolennikiem zamykania sklepów w niedzielę. Ciągle może zadzwonić telefon, a na drugiej stronie kabla miły głos poprosi o załatwienie sprawy biznesowej. Niektórzy nawet w niedzielę podczas nabożeństwa "wiszą" na telefonie. I nie dlatego, że tak chcą, ale są do tego zobowiązani przez pracodawcę.

Dlatego z zadowoleniem przyjmuję tych kilkanaście dni w roku, w których możliwość odpoczynku dotyczy większego grona społeczeństwa (bo przecież nie wszystkich). A jednym z takich dni jest Trzech Króli. Takimi dniami są też święta Bożego Narodzenia.

Pamiętam przed kilkoma kilka dni przed Wigilią zaczął padać śnieg. Biały puch pokrywał całą grudniową szarość coraz grubszą kołdrą. Borykałem się wtedy z pewnym problemem, był to spór z pewną instytucją. Nie chcę do tego wracać, ważne jest, że otrzymanie listu poleconego od tej instytucji mogło solidnie popsuć mi humor. Jednak świadomość kilku dni świątecznych, podczas których nie puka do drzwi listonosz i telefon częściej milczy, wzmocniona jakimś dziwnym przeczuciem, że gruba warstwa śniegu sparaliżuje komunikację i  nawet ewentualny listonosz przez nią nie przebrnie :-))) pozwoliła mi na zebranie sił i odpoczynek. Sąsiad garażowy zepchnął cały śnieg sprzed swojej bramy przed moją. Początkowo mnie to trochę poddenerwowało, ale pomyślałem sobie, że chyba o to chodzi, żeby i gruchot przez te dni odpoczął. Odkopałem go dopiero w Nowym Roku.

I właśnie takie powinny być święta. Niezależnie od tego, jak się nazywają, z jakiej tradycji się wywodzą, kto je ustanowił i co inni w te dni robią. Niekoniecznie trzeba jeść, to, co wszyscy, błaznować w papierowej koronie na głowie. Do mieszkańców tzw. blokowisk: wstańmy w świąteczny dzień wcześnie rano i rozkoszujmy się ciszą, której w innym czasie trudno uświadczyć.

Dlatego zachęcam wszystkich, którzy tu trafili: Niezależnie od tego, czy to święto Trzech Króli, czy Dwunastu Potraw, czy Wszystkich  Świętych. Świętujmy!

czwartek, 5 stycznia 2012

Pozytywny kopniak

Za mną około 50 kilometrów, cztery razy tyle przede mną. Pogoda piękna, nastrój - jak to podczas wyjazdu w lubiane i chętnie odwiedzane miejsce. Do pewnej chwili, o której potocznie mówi się, że "dobrze żarło i zdechło". Ciężarówka, za nią samochód osobowy. Wąska droga, las, zakręty, no i pojazdy na pasie przeciwległym...
Jadący przede mną wielokrotnie próbuje wyprzedzić ciężarówkę, ale nie decyduje się na taki krok. Samochód powinien sobie z manewrem poradzić. Od czasu do czasu droga biegnie prosto, a pas przeciwległy jest pusty. Jadący przede mną wysuwa się na ten pas, już wydawałoby się, że wciśnie pedał gazu i mordęga się skończy. Nic z tego. Wraca.
Nie pozostaje mi nic innego, niż jechać za nim, obserwując sytuację na drodze. Wyprzedzenie dwóch pojazdów nie wchodzi w rachubę. Nie ma też takiej możliwości technicznej, która pozwoliłaby na przekazanie jadącemu prze mną kierowcy w odpowiednim ułamku sekundy hasła : "Jedź! Teraz zdążysz. Gaz do dechy!"

Sytuacja dobrze znana nie tylko kierowcom. Baczny obserwator z otaczającego go tłumu bez trudu wyłuska takich ludzi, którzy chcieliby w swoim życiu coś zmienić. Szukają okazji. Próbują, ale w ostatniej chwili coś ich zniechęci. Jedyne, czego w takiej sytuacji potrzebują, to pozytywny "kopniak". Bratnia dusza, która zmęczonemu i zniechęconemu wieloma próbami osobnikowi szepnie na ucho: Teraz! Poradzisz sobie!

Problem polega tu nie na braku możliwości technicznych: obu zainteresowanych nie dzieli karoseria i odległość.

Co więc powoduje, że istnieje tak wielu ludzi, którzy niejednokrotnie w życiu podjęliby właściwe decyzje, zerwali z szkodliwymi zwyczajami, poprawili swój duchowy stan, nadali życiu nowy kierunek, i zrobili wiele innych, dobrych rzeczy, ale nie postąpili tak dotychczas i nie wiadomo, czy kiedykolwiek tak postąpią?

Nie jestem władny odpowiedzieć na powyżej postawione pytanie.  Życzę jednak wszystkim, którzy tu trafią, aby w decydujących momentach ich życia w tym, rozpoczętym już Nowym Roku 2012 zawsze pojawił się  ktoś, kto jednym może słowem dobre dzieło zainicjuje.


I baczmy jedni na drugich w celu pobudzenia się do miłości i dobrych uczynków. 
(Biblia Warszwska, Hbr 10, 24)

sobota, 10 grudnia 2011

Wyłamany drogowskaz

Echa expose premiera, wygłoszonego blisko miesiąc temu, powoli cichną. Swoisty drogowskaz, ustanowiony dla Polski na najbliższe cztery lata, opluty krytyką, zbryzgany jadem nienawiści, w końcu wyłamany z posady dzięki przemocy zawiści adwersarzy odejdzie powoli w niepamięć. Zanim to się stanie, chciałbym ujawnić chrześcijańskie przesłanie, które w nim odkryłem.
Nie odniosę się do całej jego treści - raczej powołam się na jedno słowo, które, powtórzone wielokrotnie,  potęguje nastroje większości Europejczyków. Kryzys.
Kryzys, na który - nie wdając się w rzeczywiste znaczenie tego słowa - składają się niewydolny system emerytalny, starzenie się społeczeństwa, zadłużenie gospodarstw domowych, recesja, bezrobocie, załamanie się relacji międzypokoleniowych i wiele innych symptomów, które w wielu ludziach wyzwalają obawę o przyszłość, dla chrześcijan powinny okazać się zachętą do służby, okazywania innym wsparcia i dodawania im otuchy.
Możliwe jest, że w ciągu kilkunastu lat na arenie dziejów przybędzie starszych osób, o niewielkich dochodach, które pozostały bez opieki. Coraz więcej będzie tych, które wpadły w pętlę zadłużenia. Bieda kocha wielodzietność, a miłość ta cechuje się wzajemnością. Emigracja zarobkowa i wielokrotne powtórki z poszukiwania własnej gospodarczej tożsamości ujawnią swe żałosne skutki - zaniedbane dzieci, rozbite rodziny, rozerwane więzi...
Byłoby rzeczą właściwą, aby ewangelikalni chrześcijanie wdrożyli zintensyfikowane działania w celu przygotowania się do rozprawy z opisanym stanem rzeczy. Dobrze byłoby w tym celu zapomnieć o wszelkich wzajemnych animozjach, które dzielą Boże dzieci na grupy, trendy, strony i denominacje. Zrezygnować ze stawiania własnych tradycji i przekazów na równi z Żywym Słowem (lub ewentualnie niewielki poziom niżej), zaniechać mitologizacji przeżyć i własnych interpretacji Słowa. Zburzyć pomniki przywódców i innych bohaterów, a na piedestałach wywyższyć Pana Jezusa. Odwrócić się od górnolotnych frazesów, a pochylić się nad człowiekiem, będącym w potrzebie, nie pytając o przyczynę jego położenia.
Wtedy może okazać się. że spłata długu jest możliwa, i to wcale nie dzięki bogatej darowiźnie (na Wyspach działa organizacja CAP, której staraniem wiele ludzi spłaciło zadłużenie, nie otrzymując ani grosza), że możliwe jest wsparcie osób sędziwych, których starość zbiegła się z samotnością, że możliwe jest zaspokojenie wiele innych potrzeb. Nasz Ojciec jest bogaty. Kiedyś, dzięki jego bogactwu, kilkanaście tysięcy ludzi posiliło się chlebem i rybą.
Czy w dobie kryzysu w XXI wieku miałoby być inaczej? Nawet wtedy, gdy te same, życiowe potrzeby wyrażają się w nieco inny sposób?  

niedziela, 4 grudnia 2011

Inauguracja

Rozpoczynam pisanie tegoż bloga w takim czasie, w którym mówi się, że ludzie stają się bardziej uprzejmi i życzliwi wobec siebie nawzajem. I pewnie tak jest, sam tego nieraz doświadczam.
Niedługo rozbłysną w centrach miast girlandy świateł, w domach zapachnie cynamonem i grzanym winem. Niektórzy ludzie staną się bardziej skłonni do spotkań. Niektórzy podsumują zapewne mijający rok, po to, by powziąć pewne postanowienia, które w okolicach połowy stycznia staną się  historią.
A ja w tym czasie chciałbym zachęcić tych, którzy tu zabłądzą, do pozytywnej, ciepłej refleksji nad życiem i codziennością. Nie będę serwował tu krytyki, ani tej rzekomo konstruktywnej, ani tej, którą dla skuteczności oddziaływania podszywa się tradycyjnie jadem i ironią. We wszystkim mediach, z internetem włącznie, spotyka się ją w nadmiarze. Wystarczy.
Czytelników, szukających inspiracji i zachęty, zapraszam na moje strony. Jeżeli myśli, które zmierzam tu zawrzeć w najbliższej przyszłości, pozwolą Wam uwierzyć, że czas marzeń jeszcze się nie skończył, uznam, że choć po części spełniły powierzone im zadanie.
Życzę wam, aby Najlepszy z Najlepszych pobłogosławił Wam ostatni miesiąc Roku Kryzysowego 2011.