Zamożnego emeryta poglądy na życie w kryzysie.
Drogie
ciuchy, samochody, jacht, willa z basenem i żona, zmieniana co kilka lat na
młodszy egzemplarz. Aby nie popaść w niepamięć i tym samym nie stracić
dochodów, które tak naprawdę dopiero po sześćdziesiątce dają solidne
zadowolenie – koncercik jakiś, pokazanie twarzy po udanym liftingu na wyborczym
wiecu, w cieniu prezydenta lub innego celebryty. Do tego wywiad rzeka w prasie,
książka lub płyta z kolorową okładką kryjącą treść o wartości odwrotnie
proporcjonalnej do patosu lub chrapliwym głosem śpiewane melodie. Aby jeszcze
gdzieś zaistnieć.
Taki model
zamożnego emeryta znany jest w kręgach polityków, artystów i głupców.
Czy po
drugiej stronie barykady, skleconej ze zleżałych zasług sklejonych świeżą
próżnością oraz wiecznie świeżą żądzą zysku i popularności mogą czaić się inni
bohaterowie?
Oczywiście.
Stoi tu pełen godności stuletni Abraham wraz z niewiele młodszą żoną Sarą i
malutkim Izaakiem, obok niego osiemdziesięciosześcioletni Kaleb, wciąż gotów do
walki i pracy. Nieco dalej siedzi blisko stuletni Jan, pochylony, spisuje
właśnie słowa nadziei dla przyszłych pokoleń, a sędziwy Hiob opowiada innym, że
w cierpieniu też warto być blisko Boga. Zamyślił się ponadstuletni Mojżesz na
wieść o tym, że jego podróż w góry będzie już tą ostatnią. Również Jesse jest
pogrążony w rozmyślaniach: jego najmłodszy syn wczoraj jeszcze pasł owieczki, a
teraz musi zatrudnić pasterza, bo syn z dnia na dzień stał się wojownikiem.
Jest
jeszcze Barzillaj. Niedawno minęła osiemdziesiąta rocznica jego urodzin, a on
sam jedzie spotkać się z królem Dawidem. Tym, który jest mu drogi i którego
szanuje, którego gotów był znacznym nakładem środków i pracy wesprzeć, gdy ten
uciekał przed własnym synem. Zdawał sobie sprawę z jego położenia, biedy,
groźby głodu i dlatego regularnie wysyłał mu zaopatrzenie.
Teraz król
wraca do swojego miasta i pałacu. Nie jest to tryumfalny pochód zwycięzcy, król
wraca za łzami. Syn, który odważył się wystąpić przeciw niemu, zginął raniony
strzałą. Król, mimo rozdzierającego smutku, przypomina sobie przyjaciela
Barzillaja i raduje się, że przybył, aby go powitać i wraz z nim przekroczyć
Jordan w drodze do Jerozolimy. Oczyma wyobraźni widzi go, w uroczystej szacie,
zasiadającego przy jego stole. Dobrze jest mieć blisko siebie tak mądrych i
dobrych doradców. Nie pozostaje nic innego, jak zaprosić go do swojego pałacu,
nadać odpowiednią godność i cieszyć się jego obecnością.
Nie
spodziewał się król zapewne takiej odpowiedzi, jaką dał mu Barzillaj:
Ileż to
jeszcze dni życia mi pozostaje, żebym miał się udać z królem do Jeruzalemu?
Mam
obecnie osiemdziesiąt lat. Czy mogę jeszcze odróżniać dobre od złego? Czy sługa
twój umie jeszcze określać smak tego, co je lub pije? Czy potrafię jeszcze
przysłuchiwać się śpiewom śpiewaków czy śpiewaczek? Po cóż jeszcze miałby twój
sługa być ciężarem dla mojego pana, króla?
Sługa
twój pójdzie z królem jeszcze nieco poza Jordan, ale po cóż miałby król tak
sowicie mnie wynagradzać? Pozwól raczej powrócić twemu słudze, aby mógł umrzeć
w swoim ojczystym mieście w pobliżu grobu swojego ojca i swojej matki. (2Sm 19, 34-37)
Odpowiedź
Barzillaja przekonała króla.
Niestety,
wydaje się, że utraciła swoją moc przekonywania w czasach, w których rezygnacja
z tego, co wydaje się zbyt trudne do zdobycia, jest powodem do drwin, a cnotą
jest działanie według zasady „bierz siły na zamiary, nie zamiar według sił” (A.
Mickiewicz)
Postawa
Barzillaja to świadomość własnych ograniczeń, umiejętność ich zaakceptowania i
życia z nimi. Osiemdziesięcioletni mędrzec wie, że nie jest w stanie w pełni
korzystać z zaszczytów, jakie czekają na niego w pałacu królewskim. Jego wiek,
być może schorzenia i starcze dolegliwości nie pozwolą mu już cieszyć się
smakiem wyszukanych potraw i być może powodują, że czuje się skrępowany na myśl
o tym, że może potrzebować opieki. Niedomoga słuchu nie pozwala na radowanie
się muzyką i śpiewem. Wie, że bliżej mu do trumny niż do tronu i najlepiej
będzie spędzić te dni, które jeszcze mu pozostały, blisko domu, blisko
rodzinnego grobowca, w którym też spocznie po odejściu do krainy świętego
spokoju.
Dzisiejszy
człowiek jest rzadko świadomy własnych ograniczeń. Bywają sytuacje, w których
myśli, że cały świat należy do niego, gotów jest podjąć się realizacji każdego
zadania, nie patrząc często na wiek, stan zdrowia, stan majątkowy czy
możliwości intelektualne. Najlepszym przykładem niech będzie tutaj sytuacja ludzi,
których zobowiązania kredytowe przerosły w końcu ich możliwości. Pokusa, aby
brać, gdy dają, jest zawsze duża. Banki oferowały kredyty bez skomplikowanych
zabezpieczeń, były więc osoby chętne do tego, by je brać. Tak wielu z nich
żałuje teraz, że nie zadali sobie wtedy pytania o treści mniej więcej
następującej:
Czy,
żyjąc w przestrzeni wyznaczonej obiektywnymi ograniczeniami, mogę pozwolić
sobie na dobra, których wartość przewyższa granice wyznaczonej mi życiowej
przestrzeni?
Pytanie
takie nie pojawiło się jedynie dlatego, że świadomość istnienia takich
ograniczeń była mocno przytłumiona.
Młody
człowiek, zanim naciśnie pedał gazu, rzadko zadaje sobie pytania o własne (i
własnego pojazdu) ograniczenia: czy mam właściwą szybkość reakcji? Czy samochód
jest w stanie wyhamować na tak krótkim odcinku? Czy jest w pełni sprawny
technicznie? Czy za zakrętem nie znajduje się inny pojazd, którego nie widzę?
Czy moja głowa jest z żelaza? Efekty zaniechania zadawania sobie takich pytań
obrazuje kora zdarta z przydrożnych drzew i stan kory mózgowej delikwenta po
spotkaniu z rzeczywistością, która bywa twardsza niż jego wyobrażenia.
Postawa
Barzillaja w odniesieniu do codziennych, życiowych, najmniejszych nawet decyzji
to ciągłe ich konfrontowanie z ograniczeniami, które mogą mieć wpływ na skutki
tych decyzji. Pytanie, które należałoby sobie zadać, w najprostszych sytuacjach
brzmi: „czy warto …. ?” lub „za jaką cenę …. ?”. Udzielenie sobie samemu
szczerych i przemyślanych odpowiedzi na te pytania pozwoli na podjęcie działań,
które być może doprowadzą do częściowej redukcji pragnień i aspiracji,
poskromią wybujałe ambicje, skonfrontują
marzenia z rzeczywistością. Będzie mniej ryzyka, adrenaliny i pewności siebie,
ale być może niejeden niepotrzebny dramat zostanie stłumiony w zarodku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz